
20 września 2026Przeczytasz w ok. 4 minAnia Żarczyńska-Ziobro, swatka i coach amorowy
„Use the Force, Luke. Let go. Trust your feelings.” 😆
Są takie telefony, po których człowiek musi na chwilę usiąść, zamknąć oczy i wziąć głęboki oddech. Kilka dni temu odebrałam właśnie takie połączenie. Zadzwoniła do mnie kobieta – roztrzęsiona, zraniona, ale też niesamowicie zdeterminowana. Zasypywała mnie pytaniami o współpracę, a wśród nich padło jedno proste, choć przeszywające do szpiku kości: „Aniu, jak Ty właściwie sprawdzasz tych ludzi? Skąd wiesz, że nie wpuścisz do naszego życia potwora?”
Odpowiedziałam jej z ręką na sercu, bo w mojej pracy nie ma miejsca na maski. Nie mam dostępu do rejestrów karnych ani urzędów stanu cywilnego. Nie prześwietlam ludzi jak policja. Nie przesłuchuję świadków życia klienta. Oczywiście, cena moich usług tworzy naturalną barierę – sprawia, że zgłaszają się do mnie osoby dojrzałe, które traktują miłość poważnie, a nie jako zabawę. Ale papiery i pieniądze to nie wszystko. Papier przyjmie każdą kłamliwą obietnicę.
Tym, co naprawdę nas chroni, jest coś znacznie potężniejszego, co nosi w sobie każda z nas. Moja kobieca, wręcz matczyna intuicja pozwala wyczytać z luźnej, szczerej rozmowy dużo więcej.
To, co usłyszałam od mojej rozmówczyni, brzmiało jak scenariusz przerażającego thrillera. W naszym krakowskim środowisku pojawił się człowiek, który z polowania na kobiety uczynił swój sposób na życie. Oficjalnie żonaty, podający się za kogoś zupełnie innego, manipulował w jednym czasie aż ośmioma kobietami. Drogi garnitur, lśniący zegarek, randka w wykwintnej restauracji. Szukał wyłącznie tych zamożnych.
Jego metoda była obrzydliwa: osaczał, zdobywał zaufanie, a potem upijał, robił zdjęcia i bezczelnie szantażował. Nagabywał, prześladował. Stał się cierniem w ich życiu. Na szczęście jedna z tych kobiet, wykazując się ogromną odwagą, wykorzystała moment jego nieuwagi, gdy sam przesadził z alkoholem, i sprawdziła jego telefon. Tam, pośród wielu innych, znalazła kontakt do mnie. Te dzielne dziewczyny połączyły siły i zadzwoniły, by utrzeć mu nosa i – co najważniejsze – ostrzec mnie i moje klientki.
Słuchając tego, czułam, jak krew lodowacieje mi w żyłach. Z drżeniem w głosie poprosiłam o jego nazwisko... i w tamtej sekundzie z moich piersi wyrwało się ogromne westchnienie ulgi.
Doskonale pamiętałam to nazwisko. To mężczyzna, do którego zadzwoniłam w odpowiedzi na zgłoszenie w formularzu. Była godzina 19:00, wokół panował już spokój, a on roztaczał przede mną wizje swojej rzekomej potęgi finansowej. Kreował się na rekina biznesu z najwyższych sfer.
Ale wiecie co? Moja intuicja nie dała się oszukać. Businessmanie, nie ma cię ani na LinkedInie, ani w żadnej wyszukiwarce! Poza tym coś w jego głosie, w specyficznym doborze słów sprawiało, że zamiast wielkiego przedsiębiorcy słyszałam cwaną bestię. Co więcej, w tej rozmowie nie było ani grama duchowości, wrażliwości, jakiejkolwiek głębi. Liczyła się dla niego tylko fizyczność, dominowała powierzchowność, wyniuchałam dominujące w jego życiu branie.
W tamtym momencie czerwone flagi zaczęły rozwiewać mi włosy siłą huraganu. Moja intuicja wręcz krzyczała: „Ruda, coś tu nie gra”. Posłuchałam jej. Ten człowiek nigdy nie został przeze mnie nigdzie umówiony. Nigdy nie pozwoliłam mu zbliżyć się do żadnej z moich dziewczyn.
Głęboko wierzę, że ta sprawa znajdzie swój finał na policji. Chciałabym, aby ten człowiek to właśnie tam – przed wymiarem sprawiedliwości – musiał zaprezentować „uroki swojego podrywu”. A te wszystkie dzielne dziewczyny, które skrzywdził, mogły wreszcie zamknąć ten rozdział, wziąć głęboki oddech i z pełną ulgą spojrzeć w bezpieczną przyszłość.
Ta sytuacja utwierdziła mnie w przekonaniu, że moja praca ma głęboki sens. Nie opieram się na bezdusznych algorytmach czy internetowych katalogach, gdzie każdy może napisać o sobie wszystko. Opieram się na spotkaniu człowieka z człowiekiem.
Większość z nas nosi w sobie lęk przed zranieniem i odrzuceniem. Boimy się, że otwierając przed kimś serce, wpuścimy do domu złodzieja emocji. Chcę, żebyś wiedziała jedno: przychodząc do MoreAmorPorFavor, nie dostajesz po prostu „usługi”. Stajesz się kimś, za kogo biorę pełną odpowiedzialność. Oddaję Ci do dyspozycji nie tylko moją wiedzę, ale mój instynkt, moje oczy i moje serce.
Jeśli czujesz się samotna, jeśli boisz się randkowego świata pełnego pułapek – zróbmy to razem. Napisz do mnie, usiądźmy przy kawie, porozmawiajmy jak przyjaciółki. Obiecuję, że będę Twoją tarczą. Zadbajmy o to, by w Twoim życiu pojawił się ktoś, kto będzie dla Ciebie najpiękniejszym prezentem, a nie bolesną lekcją.

Nie ma przypadkowych spotkań w życiu. Każdy człowiek jest albo lekcją albo prezentem! Ty bądź dla mnie lekcją życia a dla NIEJ/NIEGO najlepszym prezentem!!!!
Zapraszam Cię do kontaktu.
Napisz do mnieNapisz do mnie